Recenzja "Splinter Cell: Sojusz zła"
Dodane przez Paul dnia Lipiec 10 2008 13:54:48
"Splinter Cell: Sojusz zła" - recenzja


“Splinter Cell: Sojusz zła”, najnowsza, czwarta z kolei książkowa wersja opowieści o przygodach agenta Wydziału Trzeciego, Sama Fisher'a. Całość powstała na podstawie pomysłu Toma Clancy'ego, jednak (tak samo jak poprzednie odsłony) nie jest dziełem jego pióra. Za tekst odpowiada David Michaels, czy raczej nieznany nam pisarz kryjąca się po tym pseudonimem. Tytuł “Sojusz zła” (jak można się domyślać) nie jest bezpośrednim tłumaczeniem oryginału, który brzmiał “Fallout” (ang. “opad radioaktywny/promieniotwórczy”), ale również w jakimś stopniu nawiązuje do treści książki. Z jednej strony jestem w stanie rozumieć tłumacza (bezpośrednie przełożenie brzmiałoby dość... dziwnie), jednak nie wiem czemu uparł się aby na siłę spolszczać ten podtytuł. Dobrze chociaż, że “Splinter Cell” zostawił w oryginale, chociaż w samej książce agenci Wydziału Trzeciego nazywani są “penetratorami”. Być może tak było również w wersji amerykańskiej (nie jestem w stanie tego zweryfikować), jednak nazwa ta, mimo swojego logicznego uzasadnienia (agenci w końcu przenikają na teren wroga, który następnie przeszukują, czyli ... penetrują?), zawsze budzi na mojej twarzy dziwny uśmiech (ale to tylko zapewne moje “włochate myśli”). Dość jednak tych dywagacji, przejdźmy do sedna.

Powieść została wydana, w naszym kraju, na łamach wydawnictwa Amber (wydawcy drugiej oraz trzeciej części z serii) w zgrabnej, miękkiej oprawie. A wszystko to w cenie detalicznej wynoszącej niecałe 30 złotych (dokładnie 29,80 zł) za około 207 stron tekstu (cała książka ma ich 216). Ale czy “Sojusz zła” wart jest świeczki, czy też może stanowi jedynie kolejne, niepotrzebne wyrzucenie pieniędzy w błoto? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie w dalszej części recenzji.

Na wstępie miły gest ze strony autora, czyli dedykacja (pierwsza w serii) “Dla wszystkich wiernych “fiszerowców”, którzy gdzieś czają”. Lecz przejdźmy już do meritum.
Początek akcji osadzony jest w San Francisco 2008 roku, gdzie Sam wykonuje kolejne niebezpieczne zdanie. Tym razem jest to dostarczenie, w umówione miejsce, ważnej przesyłki. Oczywiście wróg nie śpi i nieustannie depcze naszemu bohaterowi po piętach. Wstęp serwuje nam rozpoczęcie dość standardowe dla powieści sensacyjnych, czyli rzuca nas na wstępie do głębokiej wody w rwący wir wydarzeń nie za wiele z tego tłumacząc. Taki zabieg stanowi, na ogół, zawiązanie całej późniejszej akcji. Tym razem jest to jednak jedynie... szkolenie, czy raczej test, który przechodzi Sam Fisher. Wszystko odbywa się w ramach akcji o kryptonimie “Cięcie”. Programu mającego na celu przystosowanie agentów CIA, w tym też penetratorów, do działań w otwartym ternie, często za dnia i w tłumie cywili. Sam jest pierwszym członkiem Wydziału Trzeciego, który uczestniczy w tego rodzaju kursie. Normalnie agenci tej komórki pracowali cicho i niezauważenie w ukryciu, pod osłonom nocy. Stąd nowe szkolenie to niemałe wyzwanie dla członków operacyjnych Wydziału Trzeciego, jednak dla Sama nie ma rzeczy nie możliwych. Nasz agent przechodzi pomyślnie test i nabywa nowe umiejętności, które okażą się niezwykle przydatne w nadchodzącej misji.

W tym miejscu pozwolę sobie na małe wtrącenie. Otóż kiedy czytałem ten rozdział przed oczami stanęła mi cała rozgrywka, czy raczej jej idea z gry “Splinter Cell : Conviction”. Tam, jak wiadomo, Sam również po raz pierwszy będzie poruszał się w “otwartych” publicznych miejscach. Czyżby autor książki (albo twórcy gry poprzez autora) przygotowywali grunt pod nową odsłonę gry?

Główną oś fabuły, w tej odsłonie, stanowi Bliski Wschód – zarzewie konfliktów wszelakich. Stracony przywódca-dyktator Kirgistanu “powraca zza” grobu. Zaistniała sytuacja prowadzi do kolejnej destabilizacji w regionie i ożywienia walk partyzanckich. Co gorsza legendarny dowódca ma asa w rękawie i wielkie plany względem Ameryki oraz całej “zepsutej cywilizacji zachodu”. Dodać należy też fakt jakoby na terenie Kirgistanu znajdowały się jedne z większych, nieeksploatowanych złóż ropy. A jak wiadomo “czarne złoto” jest głównym motorem wielkich światowych mocarstw ich gospodarek. USA z powodu zwalczania terroru w innych miejscach globu, nie jest w stanie sprawnie interweniować również w tym konflikcie. Tak więc do rozwiązania problemu zostaje zatrudnione CIA, a konkretnie Wydział Trzeci. Dodam jeszcze, że z całą sprawą, na polu osobistym, połączony jest Sam. A w jaki sposób? Tego musicie dowiedzieć się sami, nie chcę spoilerować, wspomnę tylko, że nie chodzi tutaj (na szczęście) o postać Sarahy.
Akcja toczy się więc wokół “zmartwychwstałego” dyktatora, spraw osobistych Sama oraz ropy. Nasz agent zwiedzi, w trakcie misji, oczywiście Bliski Wschód, ale też Koreę Północną, Kanadę (w tym również Montreal, niestety nie będzie wycieczki po biurze UBI) oraz Czarny Ląd czyli Afrykę.
Akcja prowadzona jest nawet w sprawny i ciekawy sposób, a cały trzon planu głównej złej postaci rysuje się dość interesująco. Brakuje może jakiegoś zaskoczenia, czy większego zwrotu akcji. Całość jest raczej bardziej oparta o stopniowe rozwiązywanie zagadki planu przywódcy wroga, niż na szukaniu “tego prawdziwego złego”. Wspominany na początku trening działania w “otwartym” terenie nie stanowi jednak (na szczęście) trzonu działań Sama. Czyli dalej mamy przewagę niezauważalnego przenikania na tyłach wroga i bezgłośnej eksterminacji nad czystą otwartą walką. Standardowo poznamy też kilka najnowszych cudów wojskowej techniki. Znalazło się też miejsce na fragment typowo przygodowy. Autor po raz kolejny hojnie sypnął rozdziałami (w całej książce mamy ich 49 plus epilog), czyli nierzadko zdarzają się sytuacje iż pojedynczy rozdział ma trzy/cztery strony. Unikamy przez to dłużyzny, a częstokroć zakończenie poprzedniej akcji poznajemy w kolejnej fragmencie w formie skróconej retrospekcji.
Ogólnie książkę czyta się dość dobrze, jednak cała historia nie w ciąga w aż takim stopniu jak poprzednia powieść “Szach-mat”, a finał jest dość przewidywalny.

Przejdźmy do podsumowania. Najważniejsze pytanie - dla kogo jest ta książka? Na pewno przede wszystkim dla fanów gry i postaci Sama Fisher'a. Reszta może nieco kręcić nosem, zwłaszcza mając do wyboru wiele tytułów, z gatunku sensacji, autorów znacznie większego kalibru (takich jak Dan Brown, Harlan Coben, czy w końcu sam Tom Clancy). Jednak niezbyt wybredni sympatycy serii UBI nie powinni czuć zawiedzeni. Jedyne lekkie zastrzeżenie mam do ceny, którą chciałbym widzieć raczej w granicach 18 - 22 zł. Książkę czyta się niezwykle łatwo, co może spowodować iż gracze związani sięgną również po inne powieści zagłębiając się w świat inny niż wirtualny. Świat wyobraźni. A sam “Sojusz zła” ogólnie polecam jako dobry początek.


Autor: IwaN